0,00 zł
0 artykuły

do kasy

Terapia

Być może ktoś z Was spotkał się kiedyś w życiu z tzw. cudami, z sytuacjami zmieniającymi los zwykłych osób, i nie mamy tu na myśli zjawisk dziwnie nadprzyrodzonych np. obrazów świętych postaci ukazujących się na przeciętych konarach drzew. Chodzi tu o sytuacje, w których ktoś, kto do niedawna był umierający, nagle z niewiadomych powodów wychodzi z ciężkiej choroby, zmienia swoje życie, zaczyna żyć pełnią i emanuje wkoło energią witalną z korzyścią zarówno dla siebie jak i innych. Brzmi dziwnie? Znamy setki takich osób! Każdą z nich poznaliśmy biorąc czynny udział w rozwoju modelu Tri-Anthropo-Type Paschalidis (3AT) i choć każda z nich, to zupełnie inna opowieść, to wszystkie mają wspólny mianownik.

Otóż każda z tych osób najpierw wyczerpała możliwości medycyny akademickiej i mniej lub bardziej dramatycznie przygotowywała się na śmierć. Zawsze tak samo, bez względu na pozycję społeczną, zamożność czy wykształcenie, każda z nich ufał, leczyła się zgodnie ze wskazaniami i na końcu usłyszała "Już nic nie możemy zrobić". Zastanawiające jest to, że w każdej z tych historii na końcu pada zdanie "…(my) nic nie możemy zrobić". Jacy „my”? Lekarze, którzy próbowali leczyć, czy może „my” jako lekarz i pacjent? Całkowita bezradność i ostateczna niemoc nigdy nie są prawdziwe. To okrutny raport słabości, składany osobie śmiertelnie chorej, bo za taką ją uznajemy, „umycie rąk” nad tzw. przypadkiem i pozostawienie ufnego pacjenta z samym sobą na śmierć. Być może teraz pomyślisz emocjonalnie, że to w sumie przerażające, ale racjonalny umysł wyprowadzi sprawne tłumaczenie w stylu "No, ale przecież takie jest życie. Czy można inaczej? Przecież faktycznie lekarz czy lekarze zrobili wszystko, co w ich mocy, żeby przywrócić pacjenta do zdrowia i nie udało się". Okazuje się, że można inaczej i owszem, można działać skuteczniej.

Każdy z nas ma w sobie ogień życia, który nas stworzył, a który dokonuje cudów w naszych ciałach codziennie utrzymując je przy życiu i który faktycznie potrafi wyleczyć nas z każdej choroby. Nie ważne, jak nazwiemy ten ogień - czy będzie to Bóg, boska cząstka, dusza, podmiotowa świadomość, świętość, sacrum, siła, energia, podświadomość czy jakkolwiek inaczej byśmy go nie nazwali - to jest on źródłem naszego życia i ma on niewyobrażalną moc. Jest to nasze źródło, także naturalnie nikt poza nami nie potrafi się z nim komunikować i tylko jemu możemy prawdziwie zaufać. Jakiekolwiek niedomaganie zdrowotne nas spotyka, to ma ono związek z osłabieniem połączenia z tzw. źródłem i to ono przede wszystkim powinno być przedmiotem lekarskiej interwencji, jako bezpośrednia przyczyna choroby. To źródło życia mieszkające w nas kieruje naszym ciałem poprzez wszystkie narządy i układy, które z kolei wystawione są na to wszystko, co my - gospodarze naszych ciał - im czynimy. To właśnie nasze ciała są punktem styku ducha i materii, podtrzymywanym w istnieniu przez ogień życia, który najlepiej płonie w absolutnej harmonii. Zatem istotne jest aby wiedzieć, jak zadbać o harmonię, jak zadbać o płomień ognia życia, a jeśli już przygasł, to jak go ponownie wzniecić?